Przygotowania

Z jednej strony ciągła nieustająca lektura, ciągłe poszukiwanie informacji na temat sushi i kultury japońskiej. Z drugiej tak błaha sprawa, jak badania w sanepidzie. Trzeba to ogarnąć, jeśli chce się pracować w miejscu, gdzie dają zjeść.

Wyrobienie książeczki zdrowia na wypadek kontroli i potwierdzenie braku pasożytów. Czy coś tam we mnie mieszka? Nie, jeśli miałbym być szczery nie zadawałem sobie takiego pytania 😀 Potraktowałem to jako coś co trzeba odbębnić.

I tu, znowu przydatny stał się wujek Google. Wszystko napisane jasno i wyraźnie. Jedynym realnym problemem jest wyrwanie się z pracy, ponieważ Sanepid pracuje do godziny 15.00, a ja kończę swoją pracę o 15.30. W ogóle mam wrażenie, że przychodzą tam raczej ludzie, którzy nie mają pracy i nie przeszkadza im to, że takie są godziny funkcjonowania tego przybytku ładu i porządku sanitarnego. No może poza tym, że trzeba się rano zwlec z wyra. Ale to moje subiektywne spostrzeżenie. W każdym razie kolejek nie ma i po zorganizowaniu możliwości wypadu w godzinach pracy, można wszystko stosunkowo łatwo ogarnąć. Najpierw opłata w „okienku” 😀 Okienko bardzo niskie, zakratowane i moje pozycje przy nim, gdyby ktoś to sfilmował, mogłyby zrobić nie lada furorę na You Tube.

Ostatecznie, po różnego rodzaju wypinaniu się i blokowaniu tyłkiem wejścia do gabinetu obok, zakończyłem klęcząc na obu kolanach (zupełnie jak przy konfesjonale). Budziło to ogromne rozbawienie pani, która stała za mną w trzyosobowej kolejce. Pani obsługująca kasę w rzeczowy sposób poinformowała mnie co i jak i po uiszczeniu opłaty w wysokości 100 zł (albo 98 zł, coś koło tego), udałem się do tzw. Laboratorium, gdzie pani Laborantka założyła mi książeczkę. Przede mną zostało dostarczenie w kolejnych dniach trzech próbek kału. Tam też dostałem pojemniki na towar.

pojemnikJak już wyżej pisałem, problem był tylko z urwaniem się na 30 min z roboty, bo jeśli akurat nikogo nie ma samo oddanie próbki odbywa się dosyć sprawnie. Trzeba za każdym razem wypełnić od nowa blankiet z wszystkimi swoimi danymi, nie mam zielonego pojęcia po co, i można spadać. Gorzej, jeśli ktoś jest w środku i pani Laborantka coś tłumaczy. Wyraźnie widać, że nigdzie się jej nie spieszy, więc z 30 minut poza robotą szybko robi się 45 albo godzina. Nieważne. Tydzień czasu i stałem się posiadaczem książeczki potwierdzającej, że w mych trzewiach nie żyje żaden obcy i spokojnie mogę mieć styczność z produktami żywnościowymi w zakładach gastronomicznych wszelakiej maści.

Jedno przemyślenie nt. „Przygotowania”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *