Pierwszy dzień w sushi barze

Nadszedł dzień, w którym mogę spróbować swoich sił. Lekki stresik muszę przyznać jest. Nie wiem czego do końca się spodziewać. Co będę robił? Dostałem dyspozycję, żeby kupić sobie czarną koszulkę i luźne gatki 😀 Taki dress code widocznie obowiązuje w restauracji. Próbowałem kupić coś „profesjonalnego”, tzn. ciuchów dedykowanych specjalnie do pracy w kuchni. W Internecie znalazłem stronę gastrro.pl. Okazało się, że jest przedstawicielstwo w moim rodzinnym mieście, ale ku mojemu zaskoczeniu nie można u nich nic kupić. Można zamówić 🙂 Można też zamówić ze strony 🙂 To po co u licha przedstawiciel? Zachodzę w głowę o co chodzi w takim biznesie. Może kiedyś postaram się zgłębić arkana takiej działalności. W każdym razie szybkie zakupy w zwykłym odzieżowym sklepie, do tego tenisówki do człapania po kuchni i ekwipunek gotowy. W Koi Sushi Bar we Wrocławiu miałem się stawić na 11.00 dlatego wyjechałem z dwugodzinnym wyprzedzeniem od siebie (około 80 km) na wszelki wielki, w razie korków na autostradzie. Oczywiście korki mnie nie ominęły – wypadek, ale w knajpie byłem dosłownie równo na ustaloną porę. Przebieralnia, ciasna ale własna 😉 i wstępne pytania. Czy mogę być wykorzystany jak normalny pracownik? Hmmm, cokolwiek to miało znaczyć, powiedziałem, że jasne! I się zaczęło.

Niezła jazda na początek

Mało rozmowny (dla tych, którzy mnie znają, wiedzą, że to niemożliwe) i bardzo skupiony zabrałem się do normalnych w restauracji sushi czynności. Robienie ryżu, w sumie nic trudnego, sałatek, zup, tempury- bezpośrednio do podania i do sushi, pieczenie ryb, robienie i napełnianie sosów. Dosyć sporo tego jak na pierwszy raz. Nie wiem co ja sobie myślałem, ale liczba opcji do zapamiętania spora. W sumie każda rzecz stosunkowo prosta. Jednak wszystkie w sumie powodowały mętlik w głowie. Do tego wszystkiego od razu zostałem puszczony „Koiowozem”- wylizingowanym fordem, na dowozy. To jest niezła jazda dla gościa, który nie zna Wrocławia 😀 Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że ludzie mieszkają w osiedlach zabunkrowanych i osiatkowanych jak w postnuklearnych filmach typu Mad Max 🙂 Dostać się tam to nie lada wyzwanie. Była to najbardziej denerwująca część dnia pracy- dowozy! Muszę przyznać, że dostałem napiwki, równo 24 zł. Nie miałem pojęcia co mam z tym zrobić. Nigdy wcześniej od nikogo nie dostałem napiwku. Pierwszej pani przez przypadek, odruchowo powiedziałem: nie trzeba 😀 Dopiero później się ogarnąłem. W samej restauracji atmosfera mega przyjazna. Wszyscy bardzo mili i uprzejmi. Przyznam, że to mnie ujęło. Teraz tak sobie myślę, że mnie badano, tzn. na ile można sobie pozwolić. Ekipa, mega fajna, zgrana. Cieszę się bardzo, bo jest się od kogo uczyć. Poza tym jak widać, wiedza stoi otworem (jakkolwiek by to nie zabrzmiało). Wystarczy obserwować i pytać. Wszyscy chętnie odpowiadają na pytania.

 

 

Podsumowując

Praca nie jest ciężka. Najbardziej w kość dostały nogi. Po pracy fizycznej w kopalni (pracowałem pod ziemią 13 lat, z tego 4 pierwsze jako pracownik fizyczny) żadne zadanie nie wydaje mi się zbytnio ciężkie, ale stanie kilkanaście godzin – przyznam, że nie jestem do tego przyzwyczajony. Żeby pracować na kuchni, nie trzeba też być geniuszem. Wystarczy stać się solidnym rzemieślnikiem. Dzień minął. Jacek, czyli właściciel, zapytał mnie, czy na pewno nigdy wcześniej nie pracowałem na kuchni. Potraktowałem to jako komplement i mam poczucie, że jak na pierwszy raz dałem radę.

4 przemyślenia nt. „Pierwszy dzień w sushi barze”

  1. Chyba czeladnikiem…a za chwilę mistrzem!!! I tego życzę.Trzymam kciuki za rozwój, powodzenie planów oraz spełnienie marzeń

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *